Bizneswoman w koronie - część 2Bizneswoman w koronie - część 2
charmant
![]() ![]() Prezentujemy drugą część wywiadu z Anną
Lichota, na co dzień pracującą w londyńskim City trzecią Polką, która
zdobyła najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, czyli tak zwaną Koronę Ziemi. Ania Lichota pochodzi ze Szczecina, ma 38 lat. Studia magisterskie z zarządzania ukończyła w rodzinnym mieście. W 2008 roku obroniła pracę doktorską na Uniwersytecie Rushmore (USA), gdzie studiowała zarządzanie międzynarodowe. Od 2006 roku jest kierownikiem w Banku Inwestycyjnym UBS w Londynie. Pomogła firmie w ustaleniu sposobu wejścia na rynek Indii, uruchomiła działalność biura w Moskwie i Meksyku oraz podwyższyła efektywność działu w Hong Kongu, Korei i Singapurze. Przed pracą w banku UBS, pracowała przez siedem lat dla banku General Electric. Jednym ze stanowisk była sprzedaż produktów detalicznych na Rosję, gdzie jako kierownik prowadziła zespół ponad 450 sprzedawców w 10 miastach Rosji i 3 strefach czasowych. Poza pracą i nauką Ania Lichota jest zapaloną himalaistką. W 2010 roku - jako trzecia kobieta w historii Polski - zdobyła najwyższe szczyty siedmiu kontynentów. Wspinanie się na Koronę Ziemi, oznacza pokonywanie jednych z najtrudniejszych gór do zdobycia - które jak sama przyznaje - mają własną osobowość. Ania wspinała się na siedmiu szczytach zaczynając od 4884 m n.p.m., a kończąc na Mount Everest, w strefie śmierci, na wysokości 8850 m n.p.m. - Jak to się stało, że w wyprawach raz byłaś z Japończykami, raz z Kanadyjczykami? Skąd brały się te wszystkie osoby, których wcześniej nie znałaś? Trzeba znać przewodnika, który organizuje wyprawę lub firmę, która takimi wyprawami się zajmuje. Wyjątkiem był Everest gdzie tak naprawdę, ja z moimi znajomymi „zmontowaliśmy" wyprawę, a inne osoby podłączyły się do nas. - We własnej wyprawie na Everest mogliście wybierać, kto może się do Was przyłączyć, a kto nie ze względu na zbyt małe doświadczenie. Oczywiście. I przy wyprawie na Everest pewien chłopak z USA chciał się do nas przyłączyć i nasz przewodnik po rozmowie powiedział mu „stary zgłoś się za dwa lata, zdobądź tę i tę górę wcześniej, bo w tej chwili Cię nie wezmę". Kto jest rozważniejszy nie weźmie nieprzygotowanej osoby, bo później może mieć ją na sumieniu. - Czy kiedykolwiek miałaś chorobę wysokościową, która wielu osobom nie pozwala dotrzeć do szczytu? Nie, nie miałam tej choroby na żadnej z tych siedmiu gór. Natomiast na innej wyprawie w Ekwadorze miałam chorobę wysokościową. Oczywiście miałam pewne oznaki, jak mały ból głowy na Elbrusie, czy mdłości albo to, że straciłam apetyt na 8 godzin na Antarktydzie. Jest to oczywiście znak, że organizm się przyzwyczaja, ale ludzie, którzy chodzą po górach nie zakwalifikowali by tego jako chorobę wysokościową, to były jeszcze zbyt małe symptomy. Choroba wysokościowa jest związana z naszymi genami. Natomiast był z nami człowiek, który wszedł na Everest mimo iż miał chorobę wysokościową. Brał tabletki przez całą wyprawę. A o samej chorobie, dowiedział się kilka miesięcy przed wyjazdem, kiedy pojechał na inny ośmiotysięcznik, z którego musiał zawrócić. Tak więc ta choroba nie wyklucza ze wspinaczki wysokogórskiej. Jeżeli znasz siebie i się odpowiednio przygotujesz oraz masz zaplecze medyczne, to można objawy tej choroby zminimalizować. - W każdej wyprawie były osoby, które wycofywały się podczas wspinaczki, co wtedy myślałaś? Czy choć raz, będąc zmęczona i przemarznięta, miałaś ochotę wracać w dół z tymi osobami? Nie. Ale jeżeli ktoś taką decyzje podejmie, to taką decyzję się szanuje. To nie jest jak na polskim przyjęciu, gdy mówisz - ja nie pije - a wtedy słyszysz od innych - ale wypij jednego, oj wypij nie zaszkodzi ci jeden!! Napij się, no napij. No i ulegasz tej presji w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto. W górach się tego nie robi. Jeżeli ktoś podejmuje decyzję, że zawraca, to tę decyzje się szanuje. To jest ogromna odwaga, żeby zdać sobie sprawę, że albo nie ma się tego w nogach, albo w głowie, albo tak bolą plecy, że już wytrzymać więcej się nie da. Można porozmawiać z tym człowiekiem, zapytać, co się stało, ale nikt nie będzie namawiał „no choć jeszcze z nami". To też mi teraz pomaga sprzeciwiać się w życiu takim wybrykom społecznym, które nie rozwijają. - Znany podróżnik Jacek Pałkiewicz powiedział, że nie wspina się w górach, bo nie lubi ruletki, nie lubi dawać swojego życia na szalę - albo się uda albo nie. Czy ty - jako osoba, która niewątpliwie kocha góry - masz jakiś próg bezpieczeństwa?
- Jakie następne góry chcesz zdobywać, czy myślisz aby zdobyć Koronę Himalajów, czyli pasmo najwyższych szczytów świata? Nie mogę powiedzieć, że nie myślę. Bo to jest bardzo wciągające. Ja naprawdę bardzo dużo biorę oprócz samej radości z przygody, i oprócz takiego czystego zadowolenia, radości że udało się wyjść na górę. Dzięki temu rozwijam się duchowo, mam inną perspektywę na świat w tej chwili, na pracę, którą wykonuję, na relacje z ludźmi. Wiesz, gdyby nie to, że weszłam na Everest, to nigdy nie jechałabym otwierać szkoły dla czterystu dzieci. A właśnie niedługo jadę na otwarcie. Tak więc te góry rozwijają mnie jako takie „very positive force". I to jest potrzebne, bo muszę skądś wziąć tę energię, którą mogę później dać innym. Planuję zdobyć kolejny ośmiotysięcznik, ale na razie nie powiem jaka to góra. Jest ich czternaście, więc jest w czym wybierać (śmiech). - Na swojej stronie internetowej piszesz, że każda góra nauczyła cię czegoś nowego. Tak. I właśnie w mojej książce, którą opublikuję jeszcze w tym roku, piszę Pan Everest (Mister Everest), a nie Mount Everest. To jest taki nauczyciel, każda góra była dla mnie właśnie takim nauczycielem. - Skoro góry mają na ciebie tak pozytywny wpływ, dlaczego szukasz nowych wypraw poza górami? Widzisz, z górami już się zaznajomiłam. Nie mówię, że pozjadałam wszystkie rozumy i już nie mam się czego uczyć, na pewno nie. Uważam siebie za amatora w górach. Zawsze podkreślam to, że jestem absolutnym amatorem. Ale tak jak powiedziałam, rozwijasz się tylko jak zmieniasz środowisko, w którym siebie wypróbowujesz. Po Evereście bardzo polubiłam rower. Lubię pedałować mile, mile, mile... przez otwarty kraj i krajobraz. - Chcesz ze znajomymi przejechać 5,5 tyś. kilometrów w USA. Czy nie uważasz, że projekty rowerowe są prostsze, że skala trudności jest mniejsza niż przy wyprawach górskich? Wszystko zależy od tego jaką trasę sobie przygotujesz. - Jak na Twoje wyprawy reagują najbliżsi? Najtrudniej było przy wyprawie na Everest. Wiedziałam, że prawdopodobieństwo tego, że nie wrócę jest równe 10 procent. Rozpłakała się moja mama, siostra, ja też płakałam. To było jak jakieś ostatnie pożegnanie. To było straszne. - Udzielasz się charytatywnie, Twoje wyprawy mają na celu pozyskiwanie pieniędzy dla dzieci, które żyją w trudnych warunkach. Tak, zbieram aktywnie pieniądze na budowę szkół w Nepalu. Dostęp do oświaty w tym kraju jest bardzo utrudniony. Za każdym razem kiedy wyruszam w góry bądź w jakąkolwiek inną podróż łączę to z niesieniem pomocy. Zebrałam dotychczas 21 tysięcy dolarów, więc jest to niecała połowa potrzebnych pieniędzy na wybudowanie jednej szkoły. W tym roku ukończyliśmy pierwszą szkołę z trzynastu w Nepalu, w miejscowości Arupokhari. Posłuży ona 400 dzieciom. Udzielam się czynnie na spotkaniach charytatywnych, wygłaszam prezentacje z moich wypraw. W ten sposób chcę dawać energię innym do działania. - Co robiłaś po powrocie z Everestu? Pierwsze kilka dni spędziłam u mojego chłopaka w Anglii, spałam, jadłam i chodziłam na spacer. Był to powrót do smaków, osiem tygodni to bardzo dużo poza miejscem, gdzie mieszkasz. Człowiek znowu zaczyna doceniać to, że może jeść chleb z masłem, że ma wodę bieżącą oraz to, że nie trzeba jej jodynować, że ponownie może odkryć smak czekolady i tego jak rozpływa się w ustach. - Jaki jest Twój najwyższy cel w życiu który chcesz osiągnąć? Mój cel jest zupełnie bezwymiarowy. Jeżeli stworzymy stosunki na świecie, gdzie ludzie będą się szanować, dzielić czym mają, gdzie ludzie nie będą strzelać do siebie, to wtedy osiągnę swój cel. Przeczytaj także pierwszą część wywiadu tutaj. Błażej Szczypka Pokaż wszystkie wpisy z kategorii: Wywiady tagi: wywiady, sukces w uk, podróże Komentarze: (0) Chcesz dodać komentarz? |
Autor bloga
O blogu BlogOstatnie posty na tym bloguNext Step: Darmowe informacje o formach dofinansowania… (2012-05-17 12:02)
Jak najdłużej zachować młody wygląd? (2012-05-14 12:16)
Panga w kolendrze (2012-05-14 12:15)
Motocykl, rower, samochód – trudne relacje na drogach… (2012-05-10 15:59)
Place Not Found - Thursday 10th May 6-9pm (2012-05-10 15:59)
|





Tak. Wiesz, to nie chodzi o to, aby dotrzeć do
szczytu. Jak miałam obrzęk mózgu w Ekwadorze od choroby wysokościowej to
zawróciłam. I to nie miało dla mnie gorzkiego smaku porażki, bo nie zdobyłam
góry. Nie oto chodzi. Tamten wypadek, był dla mnie nową lekcją. Gdy byłam na
wysokości 5200 m n.p.m. wszystko było w porządku i czułam się dobrze, a na
wysokości 5300 m n.p.m. nie mogłam iść dalej - traciłam równowagę, język mi się
plątał, czułam się jak pijana. Czułam, że nie jestem bezpieczna. Na
wcześniejszą górę weszłam pierwsza z całej ekipy. Mówię przewodnikowi, że musze
zawrócić, a zdziwiony przewodnik pyta - Ty Zawracasz? Zostały 2 godziny do
szczytu, jesteś pewna? Powiedziałam, że czuję się źle i muszę zawrócić.
Zawróciłam bez żadnego żalu, był piękny wschód słońca 5.30 rano. Trzech facetów
z mojej ekipy szło dalej. Zrobiłam to totalnie bez poczucia porażki. Z powrotem
na dół wracałam z przewodnikiem. Wiem że gdybym poszła na szczyt, to mogło by
się skończyć tragicznie. Gorączka, aby zdobyć szczyt wielu ludzi zabija. Często
muszą wejść na szczyt za wszelką cenę, poza tym niektórzy mają kontrakty ze sponsorami,
które ich do tego obligują.